Porysowane osiedle po zimie. Koparka odjechała, ślady zostały
Niektórzy dalej lubią powtarzać, że to jedno z najpiękniejszych osiedli na Ursynowie. Może kiedyś tak było. Dziś wystarczy przejść się po parkingach i wewnętrznych uliczkach między segmentami, żeby zobaczyć długie rysy na kostce, poobijane i pokruszone krawężniki oraz ślady dewastacji, których żaden wiosenny deszczyk nie zmyje.
Po tej zimie osiedle zostało przeorane ciężkim sprzętem. Duża koparka odśnieżała głównie parkingi od strony Rosoła, nasze drogi i chodniki. Uszkodzenia widać wszędzie, gdzie mieszkańcy codziennie chodzą, parkują i dojeżdżają do swoich domów. Na zdjęciach widać uszkodzone narożniki krawężników, popękane elementy betonowe i wielometrowe otarcia na kostce brukowej. To nie są drobne ślady. To są konkretne, czasem kilkunastometrowe, rzucające się w oczy uszkodzenia. Zdjęcia pokazują tylko niewielką część tego, co widać na osiedlu.
Wstyd. Takiego obrazu nie widzi się nawet na starych osiedlach z wielkiej płyty ani na miejskich nieuczęszczanych chodnikach. Bo po prostu tak się nie odśnieża kostki, jeśli nie chce się jej zniszczyć.
Kosztowna dewastacja, a nie odśnieżanie
Nie mówimy tu o klęsce żywiołowej. Mówimy o sposobie wykonania usługi odśnieżania, który z założenia jest ryzykowny dla kostki i krawężników. Ciężki sprzęt (koparka budowlana) na osiedlu wyłożonym kostką i obramowanym betonowymi krawężnikami to zły pomysł. Przed wjazdem tej koparki osiedle było przejezdne, śnieg był odsunięty przez mały traktorek. Po jej wyjeździe zostały olbrzymie rysy, obtłuczenia i szkody. Tak po prostu nie odśnieża się osiedli.
Mieszkańcy płacą podwójnie - najpierw za przyjazd i pracę ciężkiego sprzętu, a potem za naprawę szkód, które ten sprzęt zostawia. Trudno o lepszy przykład złego gospodarowania wspólnym majątkiem.
Ile kosztuje jeden taki „przejazd" (czyt. dewastacja)?
Sam przyjazd koparko-ładowarki z operatorem, dojazdem i kilkoma godzinami pracy to dziś wydatek liczony w tysiącach złotych za jeden wyjazd. Ostrożnie można przyjąć, że jeden taki przyjazd to około 4–7 tys. zł.
Potem wszyscy patrzą na kolejne obtłuczone krawężniki i kolejne białe długie ślady na kostce, jakby to był normalny koszt zimy. Nie - to nie jest koszt zimy, to jest koszt złej decyzji, złej metody i braku nadzoru. Na innych osiedlach takich widoków po prostu nie ma. U nas kostka jest ohydnie porysowana niemal wszędzie.
Dziś rysa i krawężnik, jutro duży remont
W planach osiedlowych przewiduje się środki na doraźne prace brukarskie rzędu kilkunastu tysięcy złotych rocznie. W budżecie na 2026 r. zapisano na to 12 tys. zł. To już samo w sobie pokazuje, że nawierzchnie wymagają stałych napraw i nie są niezniszczalne. Ale jeśli ciężki sprzęt będzie wjeżdżał tak co zimę, to skończy się generalnym remontem kostki.
Najpierw pojawiają się rysy i obtłuczenia. Potem zaczynają pracować krawędzie kostki, osłabiają się obrzeża, pękają narożniki krawężników, robią się luzy, zapadnięcia i w końcu trzeba wymieniać całe odcinki. A wtedy nie mówimy już o kilku tysiącach złotych. Mówimy o dużym remoncie, którego koszt może iść w setki tysięcy złotych lub miliony.
Jeśli więc ktoś dziś wzrusza ramionami i mówi, że „to tylko trochę porysowana kostka”, to najwyraźniej nie rozumie, jak wygląda degradacja nawierzchni w czasie. Trzy sezony takiego podejścia i będziemy finansować nie drobne poprawki, tylko duży remont.
Kto za to odpowie?
Tu pojawia się pytanie: czy wykonawca poniesie jakiekolwiek konsekwencje finansowe za te zniszczenia?
Otóż, nie. Można wręcz stawiać orzechy przeciwko dolarom, że koszt napraw finalnie zostanie w spółdzielni, czyli po prostu w naszych kieszeniach. Jeżeli umowa z wykonawcą została skonstruowana tak, że odpowiedzialność za szkody jest ograniczona albo rozmyta, to mamy układ skrajnie niekorzystny dla mieszkańców: prywatna firma robi usługę, a wspólnota płaci za skutki uboczne.
Nie jest żaden jakiś szczegół. To jest poważny błąd tych, którzy tę usługę zamawiali, nadzorowali i odbierali.
Najpiękniejsze osiedle na Ursynowie? Może kiedyś
Dziś prawda jest brutalna i prosta. To osiedle nie wygląda jak zadbana przestrzeń. Coraz bardziej przypomina skłócony i zdewastowany twór, w którym wspólny majątek nie jest chroniony tak, jak być powinien. Władze spółdzielni skupiają się nie na tym co trzeba, a mieszkańcy zaczynają widzieć to coraz wyraźniej.
I nie, tego nie naprawi jeden wiosenny deszczyk. Tych śladów nie da się przykryć opowieściami o świetnym zarządzaniu. Wszystko to wygląda na brak wyobraźni i brak zwykłej dbałości o wspólną przestrzeń. Naprawdę nie trzeba być ekspertem od brukarstwa, żeby przewidzieć, że ciężka maszyna z ciężką łyżką pracująca zimą na kostce i przy krawężnikach zostawi po sobie trwałe szkody.
Ktoś pewnie powie, że nic wielkiego się nie stało. Stało się. I mieszkańcy mają pełne prawo powiedzieć to wprost: tak zdewastowanego osiedla dawno tu nie było. A co gorsze, jako wspólnota musimy potem na to patrzeć i jeszcze sami za to zapłacić.
Odwrócone priorytety. Niegospodarność
Zarząd spółdzielni jest po to, żeby chronić wspólny majątek. Tymczasem dziś wygląda to dokładnie odwrotnie. Osobami zarządzającymi są ludzie z zewnątrz, którzy dysponują dużymi funduszami, do których nie dołożyli ani jednej własnej złotówki (budżet z funduszu remontowego i funduszu infrastruktury na 2026r. to 1,2 mln zł). Codzienna obserwacja prowadzonych projektów sprawia wrażenie, że działania władz spółdzielni są nietrafione, niegospodarne, niewłaściwie priorytetowane, a nawet rodzą podejrzenia układów korupcyjnych.
Co do priorytetów... W budżecie na 2026 r. zaplanowano renowację ogrodzenia od strony ul. Belgradzkiej za 80 tys. zł. To daje prawie 1 000 zł za metr bieżący przy długości 82 metrów. Wystarczy podejść do tego ogrodzenia, popatrzeć i samemu odpowiedzieć sobie na pytanie: czy to naprawdę jest dziś najważniejszy wydatek? Czy naprawdę to płot jest dziś największym problemem?
Podsumowując, efekt tej zimy jest taki, że zamiast zadbanego osiedla mamy długie, jak kolejki po pączki w tłusty czwartek, rysy na kostce, pokruszone krawężniki i szpetny widok. Ślady tej bylejakości zostaną z nami na długo.
Można więc tylko powiedzieć ironicznie: brawo, rządzący.